Jesień zawsze trochę zmienia rytm dnia. Rano jest ciemniej, wieczorem szybciej robi się chłodno, a świat jakby sam mówił: zwolnij trochę. Tylko że przez wiele lat ja na takie komunikaty niespecjalnie zwracałam uwagę.

Byłam trenerką, więc ruch był czymś oczywistym. Plan był planem. Trening trzeba było zrobić. Jeśli miał być mocny, to miał być mocny. Jeśli miało być sześć rund, to sześć. Jeśli ciało mówiło „dzisiaj trochę mniej”, głowa zwykle odpowiadała: „bez przesady”.

I długo to działało.

Albo przynajmniej tak mi się wydawało.

Kiedyś dobry trening oznaczał dla mnie jedno

Miałam się zmęczyć.

Naprawdę zmęczyć. Czuć, że coś zrobiłam. Że było tempo, pot, konkret. Że można odhaczyć kolejny dzień z poczuciem dobrze wykonanej roboty. W pracy trenera bardzo łatwo wejść w taki schemat, bo przez lata uczysz innych regularności, konsekwencji i tego, że forma nie robi się sama.

I nadal w to wierzę. Ruch jest ważny. Siła jest ważna. Regularność jest ważna.

Tylko dziś coraz częściej widzę, że nie każdy trening musi coś ze mnie zabierać.

Czasami powinien coś oddać.

Tej jesieni czuję to wyjątkowo mocno

Może to kwestia aury. Może tego, że po ostatnich tygodniach i całym zamieszaniu wokół premiery portalu organizm po prostu upomniał się o swoje. A może zwyczajnie jestem w takim momencie życia, w którym ciało zaczyna mówić trochę głośniej niż kiedyś.

Wstaję rano, patrzę przez okno i widzę szare niebo. Jest chłodno. Trochę mokro. Najchętniej zostałabym jeszcze chwilę pod kocem. Kiedyś bardzo szybko uruchamiałam wtedy wewnętrznego trenera: „No już, rusz się. Nie wymyślaj. Po treningu będzie lepiej”.

I często rzeczywiście było lepiej.

Ale nie zawsze.

Dzisiaj częściej zadaję sobie jedno pytanie: czego naprawdę potrzebuję?

Nie: czego wymaga plan. Nie: co powinnam zrobić. Nie: czy będę z siebie zadowolona, jeśli odpuszczę.

Tylko: czego potrzebuje dziś moje ciało?

To dla trenerki wcale nie jest takie oczywiste

Bo kiedy przez wiele lat jesteś kojarzona z ruchem, dyscypliną i aktywnością, bardzo łatwo uwierzyć, że sama też zawsze powinnaś taka być. Energiczna. Zmotywowana. Gotowa. Ułożona w rytmie powtórzeń, serii i planów.

A potem przychodzi dzień, kiedy zamiast mocnego treningu masz ochotę pójść na spacer. Albo zrobić coś spokojniej. Albo po prostu się porozciągać i wrócić do domu.

Kiedyś prawdopodobnie uznałabym, że zrobiłam za mało.

Dzisiaj coraz częściej myślę: może właśnie zrobiłam dokładnie tyle, ile trzeba.

Perimenopauza trochę zmienia zasady gry

Nie chodzi o to, że nagle wszystko trzeba odpuścić i traktować się jak z porcelany. Wprost przeciwnie. Ruch, siła, mięśnie, sprawność i kondycja są dla mnie jeszcze ważniejsze niż wcześniej.

Ale zaczęłam inaczej patrzeć na regenerację. Na sen. Na napięcie. Na to, jak czuję się dzień po mocnym wysiłku. Na to, że czasem organizm wraca do równowagi szybciej, a czasem potrzebuje więcej czasu.

I chyba najtrudniejsze było dla mnie zaakceptowanie tego, że „więcej” nie zawsze oznacza „lepiej”.

Zwłaszcza jeśli ciało już od rana daje ci kilka bardzo wyraźnych sygnałów, że dzisiaj nie jest dzień na rekordy.

Jesień bardzo dobrze to pokazuje

Latem wszystko przychodzi jakoś łatwiej. Więcej światła, dłuższy dzień, naturalnie więcej ruchu. Jesienią nagle orientujesz się, że o siedemnastej jest ciemno, a twoja energia gdzieś po drodze została w lipcu.

I wtedy zaczyna się klasyczna walka.

Powinnam więcej.

Powinnam się zmobilizować.

Powinnam nie odpuszczać.

A ja coraz częściej mam ochotę wyrzucić to „powinnam” przez okno.

Bo być może tej jesieni nie potrzebuję więcej dyscypliny. Być może potrzebuję trochę więcej snu, trochę więcej światła, mniej napięcia i treningu, po którym czuję się lepiej, a nie bardziej wyczerpana.

Kiedyś liczyłam efekt. Dziś częściej liczę, jak się po tym czuję

To chyba największa zmiana.

Kiedyś łatwo było mi oceniać trening: było ciężko albo nie było. Było szybko albo wolno. Było dużo albo mało.

Dzisiaj interesuje mnie coś jeszcze.

Czy po nim mam więcej energii?

Czy lepiej śpię?

Czy czuję się silniejsza, czy po prostu zmęczona?

Czy jutro będę chciała się ruszyć znowu?

I czy robię to dlatego, że dobrze mi to robi, czy dlatego, że nie potrafię dać sobie zgody na odpoczynek?

To ostatnie pytanie bywa najbardziej niewygodne.

Może dojrzałość w treningu wygląda właśnie tak

Nie jak rezygnacja.

Nie jak „już mi się nie chce”.

Tylko jak umiejętność odróżnienia wysiłku, który buduje, od tego, który tylko wyczerpuje.

Dzisiaj nadal lubię się porządnie zmęczyć. Nadal lubię czuć mięśnie po dobrym treningu. Nadal mam w sobie tę samą satysfakcję, kiedy zrobię coś mocno, dobrze i konkretnie.

Ale przestałam uważać, że to jedyna wartościowa forma ruchu.

Spacer też się liczy.

Mobilność też.

Lżejszy dzień też.

Regeneracja też.

I być może właśnie teraz zaczynam naprawdę rozumieć coś, czego jako trenerka powtarzałam innym od lat: ciało nie jest maszyną.

Jesienią uczę się tego na nowo

Patrzę na drzewa, które bez większych wyrzutów sumienia zrzucają liście, i trochę im zazdroszczę.

One nie mają problemu z tym, że przez kilka miesięcy będą działały inaczej.

Nie próbują w listopadzie udawać lipca.

Może my też nie musimy.

Może są momenty, kiedy warto przycisnąć. I są takie, kiedy warto odpuścić trochę bez poczucia, że właśnie tracimy formę, charakter albo kontrolę.

W tym roku próbuję więc podejść do jesieni trochę inaczej.

Nie jak do okresu, który trzeba „przetrwać” i zmobilizować się jeszcze bardziej.

Tylko jak do czasu, w którym mogę trochę uważniej posłuchać siebie.

Ruszać się, bo chcę czuć się dobrze.

Trenować, bo lubię być silna.

Odpoczywać, kiedy tego potrzebuję.

I nie robić z tego wszystkiego kolejnego projektu do perfekcyjnego wykonania.

Bo może właśnie tego teraz najbardziej potrzebuję.

Nie mocniejszego treningu.

Tylko trochę lepszego kontaktu ze swoim ciałem.

Sylwia