Kiedyś miałam więcej cierpliwości. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Do ludzi. Do sytuacji. Do rzeczy, które mnie drażniły, ale uznawałam, że „nie ma sensu robić problemu”. Do rozmów, których nie chciało mi się prowadzić, spotkań, na które szłam bardziej dlatego, że wypadało, niż dlatego, że naprawdę miałam ochotę. Do robienia czegoś „na szybko”, chociaż wiedziałam, że potem będę zła sama na siebie.

Przez długi czas bardzo łatwo przychodziło mi też odpowiadanie: „jasne, nie ma problemu”. Nawet wtedy, kiedy problem był. I to całkiem spory.

Dzisiaj coraz częściej łapię się na tym, że moja wewnętrzna odpowiedź brzmi po prostu:

Nie.

Nie chcę. Nie mam ochoty. Nie teraz. Nie będę.

I przyznam, że początkowo trochę mnie to zaskakiwało. Bo przecież miało być odwrotnie. Z wiekiem człowiek podobno łagodnieje, staje się spokojniejszy, bardziej wyrozumiały. Zen.

Ja tymczasem czasami mam wrażenie, że moje zen wyszło po bułki i od pół roku nie wróciło.

Może kiedyś łatwiej było zacisnąć zęby

Przez dużą część życia uczymy się być „w porządku”. Nie sprawiać kłopotu. Nie przesadzać. Dać radę. Ogarnąć. Dopasować się.

Być dobrą mamą, partnerką, córką, koleżanką, pracownicą, szefową. Najlepiej wszystkim jednocześnie. I jeszcze wyglądać przy tym tak, jakbyśmy właśnie wróciły z weekendu w spa, a nie od trzech dni próbowały przypomnieć sobie, gdzie odłożyłyśmy telefon.

Telefon oczywiście cały czas trzymamy w ręku.

Przez lata naprawdę można świetnie nauczyć się funkcjonowania w takim systemie. Robisz, załatwiasz, pamiętasz, pomagasz, odpowiadasz, organizujesz. Ktoś pyta: „Dasz radę?”. Oczywiście. Przecież zawsze daję.

Tylko że któregoś dnia pojawia się pytanie, którego wcześniej niemal sobie nie zadawałam:

Ale właściwie dlaczego ja cały czas muszę dawać radę?

I to pytanie zostaje na dłużej.

Zaczęłam zauważać rzeczy, których wcześniej nie chciałam zauważać

Nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie obudziłam się pewnego ranka jako zupełnie inna kobieta. To raczej drobiazgi.

Ktoś po raz kolejny przekracza moją granicę. Kiedyś pewnie przemilczałabym. Teraz częściej mówię, że coś mi nie odpowiada. Ktoś zakłada, że coś zrobię, bo zawsze robiłam. Kiedyś prawdopodobnie zrobiłabym to automatycznie. Teraz coraz częściej najpierw zastanawiam się, czy naprawdę chcę.

Nie uśmiecham się też już tak często dla świętego spokoju. Nie tłumaczę wszystkiego po trzy razy. Nie próbuję za każdym razem ratować sytuacji tylko dlatego, że potrafię.

I czasami naprawdę zastanawiam się: czy ja zrobiłam się trudniejsza?

A może po prostu przestałam być tak wygodna?

To jednak dwie zupełnie różne rzeczy.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że zaczęłam bardziej słuchać siebie

Przez lata pracowałam z ciałem, ruchem, treningiem i sprawnością. Wydawało mi się więc, że całkiem nieźle potrafię obserwować swój organizm.

Ale słuchanie własnego ciała to jedno. Słuchanie siebie to czasem zupełnie inna dyscyplina.

Bo ciało mówi: „Jestem zmęczone”, a głowa natychmiast odpowiada: „Jeszcze tylko to skończymy”. Ciało mówi: „Potrzebuję odpocząć”, a głowa: „Nie przesadzaj”. Ciało mówi: „Nie mam dzisiaj siły”, a głowa już wyciąga argument: „Inni mają gorzej”.

Znam to bardzo dobrze.

Tyle że ostatnio ten wewnętrzny dialog trochę się zmienił. Kiedy ciało mówi: „Jestem zmęczone”, coraz częściej odpowiadam: „Dobra. To odpocznijmy”.

Bez negocjacji. Bez rozprawy przed Sądem Najwyższym. Bez przedstawiania dowodów na to, że rzeczywiście mam prawo przez godzinę nic nie robić.

To brzmi banalnie, ale dla wielu kobiet chyba wcale banalne nie jest.

Nie wszystko musi być produktywne

To też jest dla mnie ciekawe odkrycie.

Całe lata uczymy się, że czas trzeba dobrze wykorzystać. Jeżeli spacer – najlepiej z licznikiem kroków. Jeżeli trening – powinien być konkretny. Jeżeli weekend – dobrze byłoby coś zrobić. Jeżeli wolna godzina – można przecież ogarnąć szafę, odpisać na wiadomości albo załatwić coś, co od tygodnia czeka.

A może można wypić kawę?

Tylko tyle.

Usiąść przy stole albo na tarasie. Popatrzeć przez okno. Nie słuchać podcastu o rozwoju osobistym. Nie nadrabiać wiadomości. Nie układać w głowie kolejnego tygodnia.

Po prostu siedzieć.

Kiedyś takie pół godziny wydawałoby mi się zmarnowane. Dzisiaj coraz częściej myślę, że być może właśnie wtedy robię coś bardzo ważnego.

Nic.

I wcale nie jest mi z tym źle.

Czy to perimenopauza?

Nie wiem, czy każdą zmianę, która pojawia się po czterdziestce, trzeba od razu tłumaczyć hormonami. I chyba nawet nie chcę tego robić.

Bo można dojść do absurdalnego momentu, w którym człowiek zezłości się na źle zaparkowany samochód i natychmiast pomyśli:

„Estrogen”.

Nie.

Czasami ktoś po prostu fatalnie zaparkował.

Wiem jednak, że ten etap życia zmusił mnie do zwracania większej uwagi na siebie. Na energię, zmęczenie, sen, granice, rzeczy, które mi służą, i te, które przestały. Na to, z kim chcę spędzać czas. Na to, co robię z przyzwyczajenia, a co naprawdę wybieram.

Może wcześniej ciało mówiło ciszej.

A może ja byłam po prostu zbyt zajęta, żeby go słuchać.

Mam mniej cierpliwości. Ale chyba więcej odwagi

I chyba właśnie tak wolę o tym myśleć.

Nie że zrobiłam się bardziej nerwowa. Nie że jestem trudniejsza. Nie że „taki wiek”. Po prostu coraz rzadziej chcę poświęcać energię na rzeczy, które kompletnie jej nie są warte.

Nie chcę udowadniać, że dam radę. Nie chcę zawsze być dostępna. Nie chcę zgadzać się tylko dlatego, że odmowa mogłaby kogoś rozczarować. Nie chcę robić sobie wyrzutów, że potrzebuję odpoczynku.

I coraz mniej mam też ochotę przepraszać za to, że czasami wybieram siebie.

Wiesz co jest w tym najciekawsze? Wcale nie czuję się przez to gorszą wersją siebie.

Wręcz przeciwnie.

Mam czasami wrażenie, że po latach poznaję kobietę, która była tam od dawna. Tylko bardzo długo miała mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.

Może to właśnie jest jedna z najlepszych rzeczy w tym wieku

Że coraz mniej interesuje mnie, jaka powinnam być.

A coraz bardziej:

jak naprawdę chcę żyć.

Nie zawsze mam odpowiedź. Czasami nadal biorę na siebie za dużo. Czasami mówię „tak”, chociaż chciałabym powiedzieć „nie”. Czasami próbuję zrobić wszystko jednego dnia, a wieczorem jestem autentycznie zaskoczona, że nie mam już energii.

Czyli bez rewolucji.

Ale jest jedna różnica: coraz szybciej to zauważam. I coraz rzadziej mam ochotę sama siebie przekonywać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.

Może więc rzeczywiście mam mniej cierpliwości niż kiedyś. Ale mam też więcej szacunku do własnego czasu, swojego ciała, swojej energii i siebie.

I jeśli taki ma być efekt uboczny czterdziestki i całego tego hormonalnego zamieszania…

to akurat tego jednego nie zamierzam leczyć.

Sylwia