Są takie poranki, kiedy pytanie „jak się czujesz?” wydaje się trochę zbyt ambitne. Na początek wolałabym coś łatwiejszego. Na przykład: kawa czy herbata?

Kawa. I przez chwilę żadnych pytań dodatkowych.

Tytuł tego felietonu jest oczywiście trochę zaczepny. Nadal chcę dobrze wyglądać. Lubię czuć się dobrze w ubraniu, mieć zadbane włosy i spojrzeć w lustro bez odruchu poprawiania wszystkiego naraz. Nie zamierzam ogłaszać, że wygląd przestał mieć znaczenie, tylko dlatego, że weszłam w kolejny etap życia.

Ale gdyby ktoś postawił przede mną dwa pudełka, jedno z napisem „idealna fryzura przez cały tydzień”, a drugie „spokojna noc i poranek z energią”, ręka mogłaby mi nawet nie drgnąć w stronę włosów.

Od czego są gumki.

Ciało, które miało współpracować

Zawodowo jestem związana z fitnessem od 2007 roku. Trening, ruch i praca z ciałem zajmują w moim życiu dużo miejsca. Mam też za sobą sport sylwetkowy, w którym wygląd jest częścią oceny, a przygotowania wymagają dyscypliny i uważności na szczegóły.

To doświadczenie zostaje w człowieku. Uczy systematyczności, cierpliwości i tego, że rezultaty nie pojawiają się od samego myślenia o nich.

Choć przyznaję, byłoby to bardzo wygodne.

Kiedy przez lata pracujesz z ciałem, łatwo przyzwyczaić się do pewnego porządku: robisz swoje, obserwujesz efekty, wprowadzasz korekty. Nie wszystko idzie zgodnie z planem, ale przynajmniej masz poczucie, że znasz zasady.

A potem przychodzi etap, w którym pojawiają się nowe pytania.

Czy potrzebuję zmienić trening? Czy odpoczęłam? Dlaczego coś, co wcześniej było do udźwignięcia, teraz kosztuje mnie więcej? I czemu pierwszą odpowiedzią, jaką mam dla siebie, tak często jest: „muszę się bardziej postarać”?

Wiedza o ciele bardzo się przydaje. Nie sprawia jednak, że własną perimenopauzę przechodzi się z gotową instrukcją pod pachą.

Dbanie o siebie ma dziś długą listę obowiązków

Mam wrażenie, że nawet troskę o siebie udało nam się zamienić w zajęcie wymagające niezłej organizacji.

Ruszaj się. Jedz dobrze. Śpij. Pamiętaj o wodzie. Znajdź czas na relacje. Ogranicz telefon. Zadbaj o głowę. Najlepiej jeszcze wyjdź rano na światło dzienne.

Wszystko brzmi sensownie.

Tylko gdzieś między pracą, domem, zakupami i odpowiedzią na wiadomość ze szkoły zaczyna się z tego robić drugi etat. Bez urlopu, za to z poczuciem winy, jeśli nie wykonałaś planu.

Nawet spacer może przestać być spacerem. Bo za wolno, za krótko, za mało kroków. Nawet wieczór na kanapie bywa podejrzany, jeśli nie towarzyszy mu książka o rozwoju albo przynajmniej rozciąganie.

A przecież czasem człowiek chce po prostu usiąść.

W spodniach, które nigdzie nie uciskają.

I obejrzeć coś, czego fabułę zrozumie również wtedy, gdy na chwilę zamknie oczy.

Najtrudniej odpuścić we własnej głowie

Jako trenerka wiem, że plan powinien uwzględniać człowieka, który ma go wykonać. Jego możliwości, codzienność, samopoczucie. Sam plan nie chodzi przecież do pracy, nie wychowuje dziecka i nie budzi się rano z całym dniem przed sobą.

Wobec siebie łatwo jednak robić wyjątek.

Komuś innemu powiesz: „Spokojnie, dostosujemy to”. Sobie: „Przecież wcześniej dawałaś radę”.

To „wcześniej” potrafi być wyjątkowo męczącym towarzystwem. Zawsze wyspane, zawsze w formie, zawsze gotowe przypomnieć, ile kiedyś mogłaś zrobić.

Tyle że pamięć lubi wybierać najlepsze fragmenty. Zostawia zdjęcie, na którym wszystko się zgadza, a pomija zmęczenie, wysiłek i całą resztę poza kadrem.

Nie chcę spędzić kolejnych lat na porównywaniu każdego swojego dnia z najlepszym dniem sprzed kilku sezonów.

Mam też ochotę zobaczyć, co jest dobre teraz.

Lubię ruch. Nie chcę go sobie obrzydzić

W tym wszystkim nie chodzi mi o uroczyste pożegnanie z treningiem. Za bardzo lubię ruch i za dobrze znam jego miejsce w swoim życiu.

Chciałabym tylko zostawić sobie więcej przestrzeni na różne dni.

Na ten, kiedy mam energię i ochotę zrobić więcej. I na ten, kiedy nie potrzebuję kolejnego sprawdzianu charakteru.

Nie każdy trening musi kończyć się poczuciem, że udowodniłam coś sobie i całej okolicy. Czasem chciałabym wyjść z niego z zapasem sił na życie, które czeka za drzwiami.

Na rozmowę z córką. Na wspólny wieczór z Emilem. Na coś przyjemnego, co nie jest nagrodą za wcześniejsze zmęczenie.

Coraz bliższe jest mi takie myślenie o sprawności: dobrze mieć siłę również po treningu.

W końcu reszta dnia to nie przerwa techniczna między ćwiczeniami.

Wyspać się i niczego tym nie udowadniać

Jest coś zabawnego w tym, jak zmieniają się nasze wyobrażenia o luksusie.

Przez jakiś czas może nim być wyjazd, piękna sukienka, kolacja w miejscu, w którym ktoś inny zmywa. Zresztą to ostatnie nadal ma mocną pozycję.

Ale coraz bardziej rozumiem zachwyt nad zwyczajnym porankiem. Takim, w którym wstajesz i nie zaczynasz od obliczania, za ile godzin znowu będzie można się położyć.

Marzenie mało widowiskowe. Trudno zrobić z niego efektowne zdjęcie.

A jednak ile mogłoby zmienić.

Nie chcę też zbywać każdej trudniejszej nocy czy gorszego samopoczucia zdaniem „taki wiek”. Sama nazwa etapu życia nie odpowiada na wszystkie pytania. Czasem trzeba się zatrzymać, przyjrzeć temu, co trwa za długo, i porozmawiać o tym z lekarzem.

Dbanie o siebie mieści również takie decyzje. Niekoniecznie dobrze wyglądają w kalendarzu treningowym, ale zasługują na swoje miejsce.

Kawa może przez chwilę być tylko kawą

Nie mam na koniec pięciu zasad, dzięki którym od jutra każda z nas będzie wyspana, spokojna i pogodzona ze swoim odbiciem.

Trochę szkoda. Sama chętnie przeczytałabym taką listę.

Mam za to myśl, którą chciałabym zostawić przy tej porannej kawie: nie trzeba codziennie zasługiwać na dobre traktowanie samej siebie.

Można lubić swój wygląd i mieć go czasem serdecznie dosyć. Można być trenerką i potrzebować odpoczynku. Można wiedzieć dużo o ciele i nadal mieć pytania dotyczące własnego.

A kawa?

Nie musi być początkiem nowego, lepszego planu na siebie.

Przez kilka minut może po prostu być ciepła.

Sylwia