Wczoraj popłakałam się nad zmywarką.
Nie dlatego, że się zepsuła. Działa bardzo dobrze. Możliwe nawet, że obecnie najlepiej z całej naszej rodziny.
Po prostu otworzyłam ją rano, zobaczyłam miskę stojącą do góry dnem, pełną brudnej wody, i pomyślałam: nie. Dzisiaj nie mam siły nawet na tę miskę.
Stałam więc w kuchni, w koszulce do spania, ze łzami w oczach. Figa siedziała przy mojej nodze i czekała, aż coś spadnie. Miska, kawałek sera, cokolwiek. Ma osiem kilo i ogromną wiarę w możliwości tej kuchni.
Chwilę później wszedł Emil.
– Co się stało?
– Nic.
Spojrzał na mnie, potem na zmywarkę.
– Coś się stłukło?
Pokręciłam głową. Przytulił mnie, chociaż między nami nadal trzymałam tę nieszczęsną miskę.
Nie umiałam mu powiedzieć, o co chodzi. Sama chciałabym wiedzieć.
Przecież nic wielkiego się nie dzieje
Mam czterdzieści lat. Męża Emila, jedną córkę, pracę i psa. Sonia ma trzynaście lat i słuchawki, których chyba nie zdejmuje nawet do mycia włosów. Wciąż wierzy, że jeśli przypomni mi o potrzebnym na jutro kartonie o dwudziestej pierwszej, to karton się znajdzie.
Zazwyczaj się znajduje. To pewnie dlatego wciąż wierzy.
Od lat pracuję z ludźmi i z ciałem. Jestem trenerką, współtworzę ESFIT Studio w Radomiu. Ruch, trening, regeneracja to duża część mojego zawodowego życia. Można by pomyśleć, że własne ciało nie powinno już mieć przede mną tajemnic. A jednak właśnie moje doświadczenie perimenopauzy stało się jednym z powodów, dla których współtworzę portal perimenopauza.org.
Moje życie jest całkiem dobre. Nie mówię tego z obowiązku. Lubię nasze sobotnie śniadania, nawet jeśli każdy chce jajka w innej postaci. Lubię Emila, także po tylu latach. Lubię moment, kiedy Sonia już śpi, siadamy obok siebie i możemy wreszcie zjeść coś bez dzielenia na trzy.
Tylko ostatnio jakoś trudniej mi w tym wszystkim być.
Te same rzeczy zajmują więcej miejsca. Radio w samochodzie gra za głośno. Pytanie o obiad przychodzi o jedno pytanie za późno. Metka w bluzce drażni tak, że muszę ją wyciąć natychmiast, nożyczkami do paznokci, bo normalnych oczywiście nie ma w szufladzie.
A przecież jeszcze niedawno potrafiłam to wszystko puścić mimo uszu.
O 3:47 mam bardzo dużo do powiedzenia samej sobie
Kiedyś kładłam się spać i spałam. Nie doceniałam tego. Człowiek wielu rzeczy nie docenia, dopóki ich nie straci, ale akurat spanie wydawało mi się dość podstawową usługą organizmu.
Teraz zdarza mi się obudzić w środku nocy i poczuć taką przytomność, jakbym właśnie wróciła z urlopu.
Patrzę na zegarek. 3:47.
Emil śpi. Figa śpi. Cały dom najwyraźniej dostał instrukcję, której ja nie przeczytałam.
Próbuję zamknąć oczy. Przez chwilę słucham ciszy, a potem przypomina mi się mail, na który nie odpisałam. I buty Soni, które chyba są już za małe. I to, że na ostatnim spotkaniu powiedziałam coś dziwnym tonem. Czy ktoś zauważył? Pewnie nikt. A może wszyscy?
O czwartej postanawiam, że jutro pójdę wcześniej spać.
O piątej robię się senna.
O szóstej trzydzieści dzwoni budzik i mam ochotę negocjować.
Potem ktoś mówi: „Wyglądasz na zmęczoną”.
Dziękuję. Pracowałam nad tym całą noc.
Zawsze byłam tą ogarniętą
Kilka dni temu rozmawiałam z klientką i zabrakło mi słowa.
Zwykłego. Takiego, którego używam codziennie. Wiedziałam, co chcę powiedzieć, widziałam nawet dokument na ekranie, ale nazwa gdzieś zniknęła.
– Wyślę pani jeszcze ten… – zaczęłam i machnęłam ręką do monitora, jakby klientka mogła to zobaczyć.
Słowo wróciło po chwili. Rozmowa toczyła się dalej. Nic się nie wydarzyło.
A ja myślałam o tym jeszcze w samochodzie.
Zawsze byłam tą, która pamięta. Terminy, nazwiska, gdzie leży zapasowy klucz i że na piątek trzeba przynieść coś zielonego do szkoły. Nie żebym miała z tego medal. Po prostu przyzwyczaiłam się, że mogę na sobie polegać.
Teraz częściej zapisuję. Sprawdzam dwa razy. Czasem czytam maila od początku, bo doszłam do końca i nie wiem, o co właściwie chodziło.
Najbardziej męczy mnie nie sama pomyłka, tylko ta myśl zaraz po niej: co się ze mną dzieje?
Na głos mówię, że potrzebuję urlopu.
Brzmi rozsądnie. Wszyscy to rozumieją.
Awantura o ser, która nie była warta sera
W czwartek Emil zadzwonił ze sklepu zapytać, jaki ser kupić.
Normalne pytanie. Uprzejme nawet. Robił zakupy, chciał kupić taki, który zjemy.
– Obojętnie – powiedziałam.
– Ten w plastrach czy kawałek?
I wtedy odpowiedziałam tak, jakby zapytał mnie, czy mogę jeszcze przed kolacją wyremontować łazienkę.
Nie będę udawać, że miałam rację. Nie miałam.
Po powrocie położył zakupy na blacie. Przez chwilę rozpakowywaliśmy je w ciszy.
– Przepraszam za telefon – powiedziałam w końcu.
– Chciałem tylko kupić ser.
– Wiem.
I właśnie to było najgorsze. Wiedziałam. On nie zrobił nic złego, a ja słyszałam własny głos i nie poznawałam tej ostrości.
Później usiedliśmy w kuchni. Powiedziałam, że ostatnio gorzej śpię i wszystko szybciej mnie wyprowadza z równowagi. Że sama jestem tym zmęczona.
Emil spytał, od kiedy.
Chciałam odpowiedzieć: od kilku dni. Ale kiedy zaczęłam liczyć, wyszło mi, że chyba dłużej.
„Może po prostu za dużo od siebie wymagasz”
Przyjaciółka powiedziała mi to przy kawie.
Spotkanie przekładałyśmy trzy razy. Kiedy wreszcie usiadłyśmy, przez pierwsze dwadzieścia minut rozmawiałyśmy o dzieciach. Potem o pracy. Dopiero pod koniec przyznałam, że jakoś dziwnie się ostatnio czuję.
– Dziwnie, czyli jak?
Dobre pytanie.
Nie jestem cały czas smutna. Potrafię się śmiać, cieszyć, robić plany. Nie leżę całymi dniami pod kocem. Choć koc akurat bardzo szanuję.
Po prostu szybciej kończą mi się siły. Zdarza mi się tęsknić za ciszą, zanim jeszcze wyjdę rano z domu. A kiedy już mam chwilę dla siebie, nie zawsze umiem z niej skorzystać.
W sobotę chciałam poczytać. Naprawdę chciałam. Usiadłam z książką, przeczytałam dwie strony, po czym przez dziesięć minut patrzyłam przez okno.
Nawet było przyjemnie. Do chwili, gdy pomyślałam, że marnuję wolny czas.
Opowiedziałam jej o tym.
– Ty nawet odpoczynek chciałabyś dobrze wykonać – powiedziała.
Roześmiałam się. Potem przez chwilę obie milczałyśmy.
Dopiłam ciepłą jeszcze kawę. Dawno mi się to nie zdarzyło.
O hormonach nie pomyślałam ani razu
O stresie myślałam. O niewyspaniu. O tym, że za mało się ruszam albo za dużo siedzę przy telefonie. Przez chwilę podejrzewałam nawet materac.
Zauważyłam też, że miesiączka przestała przychodzić tak przewidywalnie jak wcześniej. Raz zaskoczyła mnie przed wyjazdem, chociaż według moich obliczeń miałam jeszcze czas. Innym razem sprawdzałam kalendarz, przekonana, że źle zapisałam datę.
Nie połączyłam tego z pozostałymi rzeczami. Każda miała własną szufladkę. Sen w szufladce „praca”. Rozdrażnienie w szufladce „za dużo obowiązków”. Cykl w szufladce „zobaczymy w przyszłym miesiącu”.
Słowo „perimenopauza” nie należało wtedy do mojego słownika.
Menopauza kojarzyła mi się z czymś, o czym pomyślę kiedyś. W jakimś dalszym życiu, w którym może będę już wiedziała, jakie kremy kupować, i przestanę trzymać paragony we wszystkich kieszeniach.
Mam przecież dopiero czterdzieści lat.
Tak mówiłam sobie za każdym razem, kiedy coś mnie niepokoiło. Jakby wiek miał być wystarczającą odpowiedzią.
Na spacerze nikt niczego ode mnie nie chciał
W niedzielę wyszłam z Figą sama.
Bez słuchawek. Telefon został w kieszeni. Przez pierwsze kilka minut układałam w głowie plan obiadu, ale Figa zatrzymywała się tak często, że w końcu straciłam wątek.
Stanęłyśmy przy kawałku trawnika, który musiał mieć fascynującą historię. Ona wąchała. Ja patrzyłam na drzewa.
Pomyślałam, że od kilku tygodni, a może miesięcy, głównie próbuję wrócić do siebie sprzed tego wszystkiego. Tej, która lepiej spała, szybciej odpisywała i nie płakała nad naczyniami.
Ani razu nie zapytałam siebie spokojnie, jak się teraz czuję. Od razu przechodziłam do tego, co powinnam poprawić.
Wyciągnęłam telefon i otworzyłam notatki.
Napisałam: „Budzenie w nocy. Zmęczenie. Krótsza cierpliwość. Sprawdzić daty miesiączek”.
Patrzyłam na tę listę. Nie wyglądała dramatycznie. Wyglądała jak coś, o czym mogę opowiedzieć na wizycie, zamiast mówić, że „ogólnie chyba wszystko dobrze”.
Nie wiedziałam, co za tym stoi. Chciałam wreszcie przestać zgadywać.
Figa szarpnęła smycz. Skończyła czytać trawnik.
Na razie jestem tutaj
Nie piszę tego z perspektywy kobiety, która już wszystko zrozumiała.
Nadal zdarza mi się bez sensu warknąć. Nadal mam książkę z zakładką na tej samej stronie. Nadal nie wiem, dlaczego czasem budzę się wypoczęta, a czasem już przy myciu zębów marzę o wieczorze.
Postanowiłam tylko, że zacznę o tym mówić. Tutaj też.
O tym, co dzieje się między pracą a kolacją. O bliskości, na którą czasem brakuje mi ochoty. O córce, która dorasta, i o sobie, która najwyraźniej też jeszcze się zmienia. O rzeczach zabawnych oraz tych, z których śmieję się dopiero po jakimś czasie.
Może czytasz to i znasz tę chwilę w kuchni, kiedy wszystko niby jest w porządku, tylko ty jakoś nie.
Ja ją znam.
W poniedziałek rano Emil rozpakował zmywarkę. Sonia przypomniała sobie o kartonie, tym razem już przy śniadaniu. Chwilę później szukała bluzy, którą miała na sobie.
Stałam przy blacie i piłam kawę.
– Mamo, widziałaś…?
– Daj mi skończyć. Zaraz pomogę.
Kawa była jeszcze ciepła. Wypiłam ją do końca.
Sylwia