No i już.

Jeszcze chwilę temu pisałam, że się stresuję. Że sprawdzam wszystko po pięć razy, zastanawiam się, czy o czymś nie zapomniałam i czy to, nad czym pracowaliśmy przez ostatnie miesiące, jest wystarczająco dobre, żeby wreszcie pokazać to ludziom.

Dziś mogę powiedzieć jedno:

zupełnie niepotrzebnie bałam się aż tak bardzo.

Nie dlatego, że wszystko było idealne. Pewnie gdybym miała teraz usiąść z kartką, znalazłabym kilka rzeczy, które następnym razem zrobiłabym trochę inaczej. Ale po tym wydarzeniu zostało mi przede wszystkim zupełnie inne uczucie niż to, które miałam dzień wcześniej.

Ulga.

I ogromna radość.

Bo Perimenopauza.org przestała być projektem, który znamy tylko my. Wyszła z naszych rozmów, komputerów, notatek, pomysłów i planów. Wczoraj po raz pierwszy naprawdę zaczęła żyć między ludźmi.

Chyba nie spodziewałam się aż takiego odzewu

Możesz przygotować prezentację. Możesz mieć stronę, pomysł, strategię i plan na kolejne miesiące. Możesz milion razy rozmawiać o tym z osobami, które pracują przy projekcie i które siłą rzeczy już wiedzą, dlaczego to robimy.

Ale dopiero kiedy opowiadasz o nim komuś, kto widzi go pierwszy raz, naprawdę dowiadujesz się, czy to wszystko ma sens również poza twoją własną głową.

I właśnie tego trochę się bałam.

Czy ludzie zrozumieją, że nie chcemy stworzyć kolejnej strony z listą „10 objawów menopauzy”? Czy zobaczą, że chodzi nam o coś znacznie szerszego? O wiedzę, ale też o rozmowę. O społeczność. O zdrowie, ciało, relacje, pracę, seksualność, emocje i wszystkie te rzeczy, które w pewnym momencie życia zaczynają się zmieniać, choć nikt wcześniej specjalnie nas do tego nie przygotował.

Odzew był chyba nawet lepszy, niż sobie wyobrażałam.

I nie chodzi mi tylko o miłe słowa po prezentacji.

Najbardziej zostały ze mną rozmowy później.

To, co najciekawsze, wydarzyło się chyba w kuluarach

Bardzo lubię ten moment po oficjalnej części wydarzeń, kiedy kończą się slajdy, mikrofony i ustalony program, a zaczynają się normalne rozmowy.

Ktoś podchodzi i mówi: „Wiesz co, moja znajoma właśnie przez to przechodzi”. Ktoś inny opowiada o własnych doświadczeniach. Jeszcze ktoś rzuca pomysł, na który wcześniej w ogóle nie wpadliśmy.

Nagle przy jednym stoliku rozmawiasz o zdrowiu kobiet, chwilę później o współpracy, potem o tym, czego brakuje w polskim internecie, a na końcu okazuje się, że od dwudziestu minut stoisz z kawą, której nawet nie zdążyłaś wypić.

I chyba właśnie wtedy poczułam najmocniej, że ten projekt trafił w coś ważnego.

Bo ludzie chcieli rozmawiać.

Nie tylko gratulować.

Pytać. Opowiadać. Dzielić się swoimi historiami.

Networking to takie słowo, które brzmi bardzo biznesowo. Kojarzy się z wizytówkami, LinkedInem i pytaniem „czym się zajmujesz?”. A wczoraj wyglądało to zupełnie inaczej. To były prawdziwe rozmowy o tym, co możemy razem zrobić, kogo warto zaprosić, jaki temat koniecznie trzeba poruszyć i gdzie kobiety nadal zostają same ze swoimi pytaniami.

I za te rozmowy jestem chyba równie wdzięczna jak za samą obecność na wydarzeniu.

Dziękuję, że przyszliście

Naprawdę.

Wiem, że to może brzmieć jak obowiązkowy fragment po każdym wydarzeniu, ale dopiero kiedy samemu coś organizujesz, zaczynasz rozumieć, jak bardzo obecność ludzi nie jest oczywista.

Każdy ma swoją pracę, dom, dzieci, obowiązki, plany i tysiąc powodów, żeby powiedzieć: „może następnym razem”.

A jednak przyszliście. Słuchaliście. Pytaliście. Rozmawialiście z nami jeszcze długo po oficjalnej części.

I daliście nam bardzo wyraźny sygnał, że warto iść dalej.

To chyba najlepsze, co mogliśmy dostać na początku tej drogi. Nie wielkie deklaracje i nie fajerwerki. Po prostu poczucie, że po drugiej stronie naprawdę jest ktoś, komu ten temat jest potrzebny.

A potem wróciłam do domu

I dopiero wtedy poczułam, ile napięcia nosiłam w sobie przez ostatnie dni.

Człowiek potrafi funkcjonować na adrenalinie naprawdę długo. Jeszcze coś sprawdzić. Jeszcze odpisać. Jeszcze przygotować. Jeszcze przypomnieć. Jeszcze poprawić jedną rzecz, która przecież absolutnie może poczekać do jutra, ale oczywiście w tej chwili wydaje się sprawą najwyższej wagi.

A potem zamykają się drzwi domu i nagle wszystko schodzi.

Emil przygotował mi wannę. Były świece, zapach, ciepła woda i chyba pierwszy raz od kilku dni naprawdę niczego nie musiałam.

Nie sprawdzałam, czy prezentacja działa. Nie zastanawiałam się, kto przyjdzie. Nie układałam w głowie tego, co mam powiedzieć. Nie wracałam do listy rzeczy do zrobienia.

Po prostu siedziałam w tej wannie i czułam, jak cały ten stres, który jeszcze kilkanaście godzin wcześniej wydawał mi się absolutnie niezbędny do funkcjonowania, gdzieś znika.

To był chyba mój ulubiony punkt programu całego dnia.

Emil, jeśli to czytasz — dobra robota.

I przez chwilę naprawdę nic nie robiłam

Co zabawne, kilka dni temu pisałam tutaj o tym, że uczę się odpoczywać bez poczucia winy.

No więc proszę.

Życie natychmiast postanowiło sprawdzić, czy tylko ładnie o tym piszę, czy rzeczywiście potrafię to zrobić.

Okazuje się, że potrafię.

Przynajmniej czasami.

I chyba właśnie takie momenty pokazują mi najbardziej, że ostatnio coś się we mnie zmienia. Kiedyś po takim wydarzeniu prawdopodobnie usiadłabym jeszcze wieczorem do telefonu, zaczęła analizować zdjęcia, wiadomości, reakcje i układać listę rzeczy na następny dzień.

Tym razem pomyślałam:

jutro też jest dzień.

Niby nic.

A jednak dla mnie całkiem sporo.

Oczywiście pokazaliśmy też, nad czym pracowaliśmy

Samo wydarzenie było też okazją, żeby po raz pierwszy pokazać kilka elementów projektu, które do tej pory znaliśmy głównie my.

Zaprezentowaliśmy naszą Asystentkę AI, która działa w oparciu o wiedzę zgromadzoną na portalu. Można z nią rozmawiać również głosowo, zadawać pytania i w prosty sposób docierać do przygotowanych przez nas informacji. Od początku traktujemy ją jako dodatkowe narzędzie wsparcia i porządkowania wiedzy, a nie jako zastępstwo dla lekarza czy specjalisty.

Magda zrobiła też z nami krótką praktykę oddechową. I przy całym tempie tego dnia dobrze było choć przez moment po prostu się zatrzymać.

Pokazaliśmy również film „Moja historia”. To z kolei zupełnie inna część projektu — bardziej osobista i emocjonalna. Chcemy bowiem mówić o perimenopauzie nie tylko przez badania, objawy i ekspertów, ale też przez prawdziwe doświadczenia kobiet. Bo bardzo często dopiero w cudzej historii rozpoznajemy coś, co od dawna dzieje się również z nami.

To były ważne elementy tego dnia, ale chyba najbardziej cieszy mnie to, że po ich prezentacji rozmowa po prostu toczyła się dalej. Ludzie pytali, komentowali i podpowiadali, co jeszcze warto zrobić.

I właśnie o to nam chodziło.

Bo od dziś zaczynamy naprawdę

Premiera jest bardzo przyjemnym momentem. Jest energia, są emocje, zdjęcia, gratulacje i pierwsze reakcje. Czujesz, że coś właśnie się wydarzyło.

Ale prawda jest taka, że premiera trwa kilka godzin.

Projekt zaczyna się później.

Dlatego dziś, 19 października, trochę symbolicznie kończymy etap „zaraz pokażemy Wam, co robimy”.

Pokazaliśmy.

Teraz ruszamy z kopyta.

Będziemy pisać, pytać, rozmawiać ze specjalistami, spotykać się z kobietami, rozwijać portal i Asystentkę, organizować kolejne wydarzenia. Będziemy też pewnie popełniać błędy, poprawiać je i co jakiś czas zmieniać coś, co dzisiaj wydaje nam się genialnym pomysłem.

I bardzo mnie to cieszy.

Bo chyba właśnie na ten moment czekałam najbardziej.

Na chwilę, w której Perimenopauza.org przestanie być „naszym nowym projektem”.

A zacznie być miejscem, do którego kobiety po prostu przychodzą.

Po wiedzę.

Po odpowiedzi.

Czasami po potwierdzenie, że nie są jedyne.

A czasem może tylko po to, żeby przeczytać felieton kobiety, która dzień wcześniej prawie zjadła samą siebie ze stresu, a wieczorem siedziała w wannie przy świecach i zastanawiała się, po co właściwie aż tak się denerwowała.

No cóż.

Podobno człowiek uczy się całe życie.

A ja mam ostatnio wyjątkowo dużo materiału do nauki.

Dziękuję Wam za wczoraj.

Za obecność, rozmowy, dobre słowa, pomysły i wszystkie spotkania w kuluarach.

Było naprawdę mega.

A teraz?

Teraz zaczynamy.

Sylwia